Liczy się kontekst i proponuję przyjrzeć się temu trochę, bo kontekstem są emocje, a to one budują dzisiejszą politykę. Karol Nawrocki na konferencji zawrócił i zapytał: "gdzie ten pan redaktor?". Potem ostrym tonem zapytał dziennikarza, czy nie słuchał konferencji, podczas której mówił o swoim stosunku do Putina, którego uważa za zbrodniarza.
Ale zostawmy na moment na boku Putina - powszechne oburzenie akurat nie jego w tej sprawie dotyczyło. Dotyczyło tego, że, jak ogłosiło rozliczne grono komentatorskie, prezydent wykazał wobec dziennikarza agresję, "włączył mu się kibolski protokół" i tak dalej. Z drugiej strony mieliśmy aprobatę.
Czy w "niech pan redaktor się ogarnie" Karola Nawrockiego była agresja, groźba, coś, co się w polskiej polityce nie zdarza? Ja tego nie zobaczyłem, ale inni zobaczyli. Dlaczego? Wszystko to jest przefiltrowane przez nasze, tak zwane eufemistycznie "wrażliwości", czyli poglądy i sympatie bądź zawodowe lub towarzyskie punkty odniesienia. Udawanie, że tak nie jest, to szczyt hipokryzji, a żeby to zobaczyć, popuśćmy trochę wodzy wyobraźni.
A gdyby to był Trzaskowski...
Wyobraźmy więc sobie, że prezydentem jest Rafał Trzaskowski, a pytanie zadawał dziennikarz medium kojarzonego z sympatykami prawicy. I wyobraźmy sobie, że to Rafał Trzaskowski wykonuje ten sam protokół, który wykonał Karol Nawrocki.
Jakie byłyby komentarze wszystkich, co do jednego, komentatorów, którzy oburzali się "przemocowością" prezydenta Nawrockiego? Pialiby z zachwytu nad stanowczością głowy państwa i oburzeniem na impertynencję "pracownika mediów". Warto i tu dodać, że, by uniknąć niewygodnych sytuacji, mediów krytycznych wobec Rafała Trzaskowskiego przez długi czas nie wpuszczano na jego wiece podczas kampanii wyborczej.
Zobacz również:
Dopiero fakt, że show robiony przez wspomniane media przed miejscami spotkań zaczął bardziej przebijać się niż same spotkania, a także wątpliwości prawne (prawo prasowe i ustawa o dostępie do informacji publicznej), sprawiły, że na ostatniej prostej kandydat bardziej otworzył się na media.
Nie oszukujmy się więc, cała reakcja na zachowanie Karola Nawrockiego wynikała z filtra, przez jaki prezydent jest postrzegany. Z jednej strony jego autentycznej boksersko-kibicowskiej przeszłości, z drugiej propagandowego obrazu gangstera budowanego przez Donalda Tuska. Nic dziwnego, że w poniedziałek premier też dał swoim sygnał do ataku, zupełnie przechodząc luźno nad faktem, że on w swoim czasie groził nieprzyjaznym mu reporterom procesami karnymi.
Sytuację tę łatwo wpisać po prostu w negatywny stereotyp, którym obudowano prezydenta. Gdyby to była większość innych polityków, nawet któryś z PiS-owców: Czarnek, Morawiecki, Kaczyński, nikt by sprawy tak nie przeżywał.
A gdyby to był Kwaśniewski?
Jednak gwoli uczciwości - także piszącego poniższe słowa - zróbmy to ćwiczenie jeszcze raz. Niechby był to Aleksander Kwaśniewski i jakiś młody reporter. Czy byłbym tak litościwy? Pewnie nie widziałbym w tym "przemocowości", bez przesady, ale widziałbym aroganckiego byłego aparatczyka komunistycznego.
W przypadku Bronisława Komorowskiego zobaczyłbym bufonadę i śmieszność, a w przypadku Karola Nawrockiego jego szybkie "wyjaśnienie sytuacji" mi się spodobało.
Zobacz również:
Nie zmienia to faktu, że tu sprawy poszły, jak zawsze ostatnio, za daleko. Odbiór tej sytuacji, z towarzyszącym jej "oburzeniem moralnym", czyli ulubionym sposobem recepcji polityki przez prorządowy komentariat i jego odbiorców, uważam za kuriozalny.
Ostrą, ale nie jakąś szczególnie ostrzejszą niż wiele innych zachowań, a na pewno od wielu bardziej kulturalną, reakcję prezydenta jedni celowo, inni nie, wpisali w jego negatywny wizerunek. Projekcję, która jest modelowym przykładem przemysłu nienawiści, hejtu i aktywnej działalności wpływających na algorytmy farm trolli.
Obraz groźnego bandyty i "ćpuna" (to niestety cytat także z polityków rządzących), którym Karol Nawrocki nie jest. Ja bym się w ten sposób nie bawił. Bo w czasach rosnącego znaczenia mediów społecznościowych, wszechobecnych algorytmów i coraz większego oderwania emocji generowanych w sieci od rzeczywistych sytuacji, których dotyczą, może to spotkać każdego. Na pewno w mniejszej skali, ale i poziom odporności jest z reguły niższy niż u Karola Nawrockiego.
Niestety, z perspektywy dużej części komentatorów sprawa ta ma jeszcze jedną zaletę. Łatwo ją skomentować, oburzyć się (lub pochwalić) albo okazać solidarność udręczonemu reporterowi. To dużo mniej pracochłonne i wymagające mniejszych kwalifikacji niż zajmowanie się tym, co było treścią konferencji.
Wiktor Świetlik
