Scena, w której Karol Nawrocki z palcem wyciągniętym w pouczająco-grożącym geście zwraca się do dziennikarza, żeby ten się "ogarnął i słuchał prezydenta Polski", była szeroko komentowana, ale nie uchwycono poprawnie jej rzeczywistego znaczenia politycznego.
Nie chodzi tylko o to, że głowa państwa po prostu pragnie uprawiać nadwiślański typ trumpzimu, co jest elementem dobrze przemyślanego marketingu politycznego, a nie kruchych emocji.
Środek do celu
Choć rzeczywiście to Donald Trump zerwał z zasadą Henry'ego Kissingera, który twierdził, że "polityk, który idzie na wojnę z mediami, ma prawo napisać na swej wizytówce jedno słowo: idiota". Te czasy już minęły, bowiem dziś politycy chętnie walczą z dziennikarzami - i odwrotnie - i raczej na tym zyskują niż tracą.
Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych nie ma problemu z tym, by nazywać dziennikarki "świnkami", "głupimi" czy "najgorszymi reporterkami", które nigdy się nie uśmiechają, ponieważ wie, że jego wyborcy tylko czekają na to, by ośmieszać i poniżać tradycyjne - najlepiej liberalne - media.
To część metody, na której ufundowana jest alt-rightowa rewolta, niszcząca "stary świat", promująca "chłopski rozum", budująca propagandowe uniwersum w internecie i bezceremonialna, jeśli chodzi o przekraczanie granic.
Zobacz również:
Celem jest cementowanie twardego elektoratu, pogłębianie polaryzacji, a przede wszystkim podtrzymywanie nienawiści wobec "elit", które kreowane są na przyczynę wszelkiego zła. Pomiatanie dziennikarzami, kojarzonymi z nieakceptowaną opcją światopoglądową czy wprost polityczną, to po prostu wyrachowana taktyka w drodze do znacznie poważniejszego celu.
Przez Orbána do Trumpa
Polska polityka także stała się ofiarą polaryzacji, więc główni gracze przyjęli jej reguły, choć każdy z nich gra o inną stawkę. O ile Donald Tusk i jego obóz grają o przetrwanie zdobytej w 2023 r. władzy, o tyle Karol Nawrocki gra o całą władzę - w Polsce i nad Jarosławem Kaczyńskim. Nie ma więc oporów, by "iść na wojnę z mediami", ponieważ jego elektorat będzie mu za to bił brawo, a zmasowana krytyka "wrogów" będzie go budować jako realnego nowego lidera prawicy, który "lewakom" się nie kłania.
Obecnie nie ma też oporów, by spotykać się z Viktorem Orbánem, ponieważ potrzebuje węgierskiego premiera i jego - według sondaży wątpliwego - zwycięstwa wyborczego na Węgrzech, by pośrednio umacniać własną więź z Trumpem. Orbán bowiem ma bliższe relacje z prezydentem Stanów Zjednoczonych, który już udzielił węgierskiemu przywódcy oficjalnego poparcia, licząc na zwycięstwo swojego wpływowego człowieka w Europie.
Proputinowskie nachylenie Orbána - choć kiedyś z tego powodu prezydent nie chciał się z nim spotkać - nie przeszkadza teraz Nawrockiemu, bo aktualnie ma inne priorytety. Zapytany o to, zbeształ dziennikarza i kolejny raz użył swoich mocnych antyrosyjskich kart. Jeszcze jako szef Instytutu Pamięci Narodowej znalazł się bowiem na liście osób ściganych przez Rosję, a dziś wprost nazywa Władimira Putina zbrodniarzem wojennym. Jednak jeżeli flirt z Orbánem miałby kogokolwiek oburzać, to z pewnością nie elektorat prawicy, który jest lojalny w takich sprawach.
Zobacz również:
"Zabawy" polexitem
Wyborcom Nawrockiego podoba się prezydent na wojnie z dziennikarzem liberalno-lewicowej stacji. Podoba im się prezydent wetujący, prezydent krzyczący w piłkarskiej szatni, prezydent zwlekający z odebraniem ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych przez obecny Sejm. Wreszcie prezydent, który finalnie chce zmienić ustrój Polski na taki, w którym będzie miał pełnię władzy.
Nawrocki postanowił zagrać w wielką grę, na końcu której w Polsce - po zmianie konstytucji - zapanuje system prezydencki. Jeśli nawet w sprawie SAFE posłuchał Kaczyńskiego i przegrał z nim bitwę o własną niezależność, to z pewnością nie po to, by w najbliższych latach utrwalać tę partyjną zależność. Kiedyś będzie mniej potrzebować tych, którym dziś ulega, a oni zaczną bardziej potrzebować jego.
W tym sensie im bardziej obecna władza będzie bezzębna, im mniej sprawcza, im mocniej blokowana przez ośrodek prezydencko-opozycyjny, tym szybciej dalekosiężny cel prezydenta będzie się przybliżać. Dziś ani opozycyjna prawica, ani liberalno-lewicowa władza nie mają dobrych - trafnych i pogłębionych - opowieści o własnych ideałach. "Zabawy" polexitem mogą się wprawdzie źle skończyć, ale tak naprawdę służą obecnie jedynie radykalizowaniu i mobilizowaniu zwolenników.
Na razie widać, że Tusk nie znalazł jeszcze sposobu na Nawrockiego, ale Nawrocki już postanowił nie cackać się z Tuskiem. A to dopiero rozgrzewka.
Przemysław Szubartowicz
