Wprawdzie w orędziu Donalda Trumpa nie było mowy o wyjściu Stanów Zjednoczonych z NATO, ale tej groźby wyrażonej dzień wcześniej w wywiadzie dla "The Telegraph" nie można potraktować ze spokojem.
Zwłaszcza że o ponownym przemyśleniu obecności Ameryki w NATO po zakończeniu działań wojennych w Iranie mówił też sekretarz stanu Marco Rubio, który uchodzi za najbardziej umiarkowanego i rozsądnego polityka tej administracji.
Frustracja rośnie
Złość na członków NATO, którzy nie przyłączają się do batalii w Iranie, wynika głównie z tego, że Stany Zjednoczone napotkały tam na opór, jakiego się nie spodziewały, a blokada cieśniny Ormuz paraliżuje rynek ropy naftowej. Tymczasem sukces tej operacji może być kluczowy dla politycznego przetrwania Trumpa i jego ekipy.
To pośrednio sygnał, że w populistycznej rewolucji ruchu MAGA, na którą tak bardzo liczy polska prawica, coś tąpnęło.
Zobacz również:
Prezydent USA, który mierzy się z narastającym wewnętrznym kryzysem politycznym - słabnące notowania osobiste, punktowe zwycięstwa demokratów, wybory połówkowe, które mogą znacząco zmienić bieg spraw, widmo utraty kontroli nad Kongresem - jednocześnie poszukuje sukcesu specjalnego znaczenia, który go wzmocni.
Mogłoby nim być właśnie skuteczne i trwałe rozwiązanie konfliktu z Iranem, bo choć społeczeństwo nie wyraża wielkiej aprobaty dla tej wojny, to jednak dla amerykańskich obywateli nie bez znaczenia byłoby spacyfikowanie głównego wieloletniego przeciwnika USA na Bliskim Wschodzie.
Tak się jednak nie dzieje, a frustracja - i cena ropy - rośnie. I to między wierszami można było usłyszeć w przemówieniu Trumpa. Im bardziej mówił o straszliwych stratach poniesionych przez Iran, tym bardziej pokazywał, jak daleko jeszcze do sukcesu.
Groźba rozpadu NATO to na razie publicystyka prezydenta USA. Ale może stać się realnym scenariuszem, który stanowi wielkie zagrożenie i zarazem wyzwanie dla Polski i Europy.
Takie sprawy, połączone ze świadomością, że wojna za naszą wschodnią granicą raczej nie zostanie szybko zakończona, powinny więc konsolidować naszą politykę wewnętrzną.
Labilny sojusznik
Tymczasem jako wierni członkowie Sojuszu Północnoatlantyckiego, którzy wielokrotnie dawali dowody swojej lojalności i zaangażowania, np. w Iraku, a także jako państwo poprzez swoje geograficzne położenie skazane na silną integrację europejską popadamy w coraz większą polaryzację w sprawach międzynarodowych.
Główna oś "sporu" dotyczy tego, czy bardziej mamy kochać tatusia (USA), czy mamusię (Europę), a nie tego, jak dla dobra racji stanu wzmacniać oba sojusze.
Zobacz również:
Zwłaszcza że Trump nie mówi niczego, co mogłoby zaskoczyć uważnych obserwatorów jego polityki.
Stany Zjednoczone - co wyrażone jest w nowej oficjalnej doktrynie bezpieczeństwa - dążą do ograniczenia obecności w Europie, przenoszą swoje zainteresowania strategiczne w inne rejony świata, od dawna krytykują instytucje Zachodu, w tym NATO, a pod rządami obecnego prezydenta stały się sojusznikiem nieprzewidywalnym i labilnym.
Można to bagatelizować i wyśmiewać megalomanię prezydenta Stanów Zjednoczonych, który za wszystkie własne porażki obwinia innych, a zbiorowe sukcesy przypisuje wyłącznie sobie.
Ale można też potraktować poważnie jego szokującą retorykę, z której wynika, że najtrwalsze sojusze można bezkarnie niszczyć, a najsilniejsze gwarancje sprowadzić do funkcji biurokratycznych przeszkód.
Tygrys nie taki papierowy
Groza rośnie, gdy uświadomimy sobie, że głównym beneficjentem takiej retoryki wcale nie są trzeźwiejące z naiwności kraje Zachodu, ale wprost Władimir Putin.
A byli już tacy, którzy zapisywali Trumpa - wraz z Viktorem Orbánem czy Marine Le Pen - do prorosyjskiej międzynarodówki.
Zwłaszcza że niektóre postulaty polityczne rewolucji MAGA są zadziwiająco zbieżne z "ofertą dla konserwatywnej prawicy na Zachodzie" - szczególnie w sprawach kulturowych - jaką rosyjski dyktator przedstawił na spotkaniu Klubu Wałdajskiego w 2021 roku.
A nic tak nie cieszy Kremla, jak erozja zachodnich instytucji, podważanie sensu sojuszy obronnych, rycie pod europejską wspólnotą czy polityczne wojny wewnętrzne w poszczególnych krajach dotyczące spraw międzynarodowych.
Zobacz również:
Z drugiej strony rewelacje Trumpa rzeczywiście trochę spowszedniały, choć nadal nie wiadomo, czy to, w jaki sposób mówi, jest efektem przypadkowego strumienia świadomości czy przebiegłej gry biznesowo-politycznej.
Dobrze pamiętamy, że wojna celna, atak na Grenlandię, wchłonięcie Kanady czy zakończenie wojny w Ukrainie w ciągu 24 godzin to miały być symptomy politycznego końca świata, jaki znamy, ale nic z tych buńczucznych zapowiedzi się nie dokonało.
Tym razem może być inaczej, skoro dla Trumpa NATO to "papierowy tygrys", a dla Rubio dalsze wspieranie go przez Stany Zjednoczone w takiej samej formie to "ulica jednokierunkowa".
Europa i kraje NATO - a Polska to też Europa i też kraj NATO - muszą wyciągnąć z tego jednoznaczne wnioski. Zwłaszcza że tygrys wcale nie jest taki papierowy i może się jeszcze okazać, że jest ukrytym smokiem.
Przemysław Szubartowicz
