![]() |
VOOZH | about |
Linux,Windows,serwer, i tak dalej ;)
Z dawnych czasów, archiwów czeluści – wtedy powstał tenże rysunek 😉
Written by marcinbojko
24 września, 2009 at 20:05
Napisane w Uncategorized
Jak wspominałem kilka postów temu – postanowiłem w celu oczyszczenia atmosfery, zmienić pracę, a co za tym idzie: specjalizację. Temat – rzeka, pewnie jeszcze się kilka razy napatoczy, ale tym razem szerzej o ludziach z którymi pracowałem.
Niektórych z Was znałem od wielu lat, z niektórymi przetoczyłem się przez inne firmy, niektórych dostałem w wyniku ‚wrogiego przejęcia’ innych zasobów, znakomitą część rekrutowałem sam. Przez te kilka lat przemęczyliśmy się – jak to zwykle bywa – z meandrami korporacyjnych mądrości, z ‚gwiazdami’ przepływającymi przez firmę co kilka miesięcy, z ‚geniuszami’ mającymi swoje 5 minut, z ciekawymi pomysłami klientów – ot standardzik.
Krótko i na temat: jedyne czego mi będzie brakować, to właśnie atmosfery, rozmów i humoru panującego w naszym środowisku.
Na potwierdzenie moich słów mogę jedynie pokazać co mnie spotkało przy odejściu – zostałem zwabiony do siedziby, gdzie po krótkim ‚speechu’ zostałem zaopatrzony na przyszłość w:
Tak, cyfrową ramkę na zdjęcia załadowaną co lepszymi zdjęciami z imprez (prywatnych i firmowych)
👁 1
Znając moje zamiłowanie do tequilli nie mogło obyć się bez zestawu ‚zrób to sam’ 😉
I ‚last but not least’, rzecz która zaparła mi dech w piersiach – dodam że podpisana przez całość ekipy 😉
Szanowni,
mam nadzieję, że tradycyjnie spotkamy się jeszcze w innych firmach, innych projektach, na innych stanowiskach, w innych miejscach. Ostatnie 6 lat pracy z Wami było fantastycznym doświadczeniem, kiedy z ekipy 6 osobowej zakończyliśmy pracę jako 90 osobowy team. Dziękuję Wam za prezenty – zapewniam że ramka stanie na honorowym miejscu w nowej pracy 😉
Na koniec – test zestawu, Wasze zdrowie: skrzyżowanie margherity z martini;)
Written by marcinbojko
5 września, 2009 at 09:59
Napisane w Uncategorized
PS. Mały update – zgłosił się kolega, który (po przeciwnej stronie barykady) pracował z nami nad tymże pamiętnym projektem. Zbrodnią byłoby NIE zamieszczenie JEGO wersji Daily Coffee Show ;). Hi Surreal – you’re right – it was a fucking honor 😉
Update 2009-08-21. Mamy kolejny kubek z kolekcji projektów dla HP – tym razem od Gola. Kto jeszcze realizował z nami ten projekt? Wysyłajcie zdjęcie swoich kubków 😉
I kolejny update – tym razem Lublin i kubek od Swite 😉
Written by marcinbojko
13 sierpnia, 2009 at 16:41
Napisane w Uncategorized
Walcząc z przytłaczającym niedzielnym lenistwem postanowiłem wywieźć Dziecko do lubelskiego skansenu. Wstyd powiedzieć, ale przez cały czas jaki tu zamieszkujemy nie znalazła się okazja aby odwiedzić tenże przybytek. Dziecię super zadowolone postanowiło nakleić pozwolenie na aparat na swoją czapkę podróżnika (ten świecący żarówiasto fragment) licząc w skrytości ducha na możliwość strzelenia paru fotek. Efekty? Poniżej.
Łany zboża i uśmiech Dziecięcia 😉
Tak, tak – TE łany.
Które następnie przerabiamy na papu w takich urządzeniach.
W malinowych chruśniaku, lub jeżeli kto woli ‚Dom malwami malowany’. Eee zielsko …..
👁 5
Studnie głębokie i szerokie…
👁 6
Koń nie chciał wydawać odgłosu paszczą … Ciekawe …
👁 7
Kozy nic sobie nie robiły z pobliskiego ‚Nie karmić zwierząt’. Koszyki piknikowe raz-dwa znikały w ich przepastnych gastro-fabrykach. Ciekawe jakie mleko powstaje z paluszków z sezamem?
Dziecię precyzyjnie rozpoznało Bonifacego. Poszukiwania Filemona trwają …
👁 9
Sympatyczniejsza wersja Powiśla. Może dlatego że w Lublinie?
👁 10
Gdybym był bogaty …. Ale i tak fajne były tam karabiny. Tylko Bionicli jak na lekarstwo.
*) tytuł LINK
Written by marcinbojko
5 lipca, 2009 at 19:12
Napisane w Uncategorized
Zmieniając lekko nastrój i tematykę bloga – kimchi jest szalenie popularną potrawą/dodatkiem pochodzenia koreańskiego. Jest dla Korei bardziej narodowa od naszego schabowego, pierogów ruskich, francuskich żab i ślimaków razem wziętych 🙂 Serwowana jako dodatek do każdego nieomal dania, dostępna w licznych regionalnych odmianach (każdy region, baa każda wioska ma swoją strzeżoną recepturę) – niesamowicie pikantna, pyszna i zdrowa. Doczekała się swoich odmian: zupy z kimchi, oraz ryżu smażonego z kimchi
Historycznie – przygotowywana jako źródło witamin na długie koreańskie zimy – dzisiaj stała się po prostu całorocznym dodatkiem. W Polsce dostępna w miejscach nielicznych, przeważnie w restauracjach orientalnych, różniąca się smakiem (od przepysznych po zupełnie niejadalne). Bardzo łatwa do zrobienia, warunkiem jej smaku jest jednak długie „dojrzewanie” jak by powiedzieli niektórzy.
Przepisów w sieci jest mnóstwo, jeden z najpopularniejszych każe dam kapustę pekińską wymoczyć w solance (9 części wody/1 część soli), solidnie w niej ‚umyć’, odsączyć, natrzeć solą i odłożyć na ok. 2 godziny.
W międzyczasie przygotowujemy drugą część: dwie długie białe rzodkiewki tniemy na wąskie paski. Do tego dodajemy solidny kawałek imbiru pokrojony w maleńkie kawałeczki. Dodajemy pokrojoną cebulę dymkę (szczypiorek z braku laku), jak na poniższym obrazku.
Przygotowujemy pastę paprykową – dwie szklanki tejże solanki, dosypujemy do niej tyle słodkiej papryki w proszku aż zrobi się z tego gęstawa breja. Do tejże pasty dodajemy pół (słowo – nie więcej) torebki ostrej papryki chili w proszku. Całość brei mieszamy z przygotowanymi wcześniej dodatkami tworząc coś takiego:
Ostatnim etapem jest przygotowanie do ‚kiszenia’. W dużym (sugeruję koniecznie niemetalowym) naczyniu układamy warstwami: warstwę odsączonej i opłukanej z soli kapusty pekińskiej, na to warstwę naszej ‚brei’. Warstwami aż do wypełnienia naczynia. Dociążamy talerzem i czymś ciężkim (jak widać, poniżej w sposób tradycyjnie staropolski 🙂
Teraz przychodzi czekanie – odstawiamy naszą zdobycz na minimum tydzień (tak, tak siedem dni) do chłodnego miejsca – lodówka może być. Po tygodniu wyjmujemy całe, przygotowane warstwowe ‚placki’, tniemy je na wąskie paseczki i w takiej formie do słoików i znowu do lodówki.
Jak to jeść? Kimchi jest nieco za ostre aby jeść je samo – genialnie jednak sprawdza się jako dodatek do ryżu z warzywami, mięskiem, makaronów, kanapek na zimno i tym podobnych zestawień – wszędzie gdzie występuje jako dodatek. Zdarzało mi się je jednak jeść z samym pieczywem – cóż mogę powiedzieć, smakuje rewelacyjnie 😉
Written by marcinbojko
21 czerwca, 2009 at 17:38
Napisane w Uncategorized
– Jesteśmy idiotami – powiedziała do mnie koleżanka z pracy, podczas rozmowy telefonicznej naprawdę późnym piątkiem.
– Hmm bez wątpienia, ale co masz na myśli? – zapytałem ostrożnie.
– Jest piątek w nocy, rozmawiamy o pracy, co więcej właśnie siedzimy i rozwiązujemy krytyczne awarie w firmie, która akurat dzisiaj zakończyła z nami współpracę. Tylko idiota będzie siedział po nocy starając się rozwiązać problem osobnikom którzy mają to gdzieś…
– Masz rację. Jesteśmy idiotami ….
#######################################################################
Zawsze miałem słabość do dobrej kawy.
W końcu kawa i klimat który lubię zawitały kilkanaście miesięcy temu i do Lublina. Dwa lokale Coffee Heaven znają nas już na wylot – swojego czasu barista roku (na zdjęciu poniżej)
na cały lokal westchnął ‚teatralnym szeptem‚: Babeczka, babeczka, jak ja lubię tą babeczkę!
Komplementy od szefa kuchni przyjmiemy 😉
Written by marcinbojko
24 Maj, 2009 at 17:02
Napisane w Uncategorized
Zapomniałem dodać – Star Trek The Motion Picture pękło dopiero przy trzecim posiedzeniu. Winę zrzucam na nowe prochy anty-alergiczne, cyklistów, elfy i wozaków 🙂
Dalej było już znacznie lepiej. Choć wciąż śmierdzący latami siedemdziesiątymi i zaawansowaną geriatrią ‚Star Trek: The Wrath Of Khan’ w moje ocenie ustępuje klasycznemu stylowi ’80 zawartemu w ‚Star Trek: The Search For Spock‚.
Lata siedemdziesiąte (które w mojej personalnej opinii powinne zostać wymazane z historii Ziemii 🙂 ) i początek osiemdziesiątych przyniosły załodze nowe uniformy (sooo gay) … i to w zasadzie tyle jeżeli chodzi o drugą część. Ostatkowo plakat filmowy i pokazówka nowych uniformów 😉
Znacznie, znacznie lepiej było w części trzecie, nakręconej w 1984 roku, reżyserowanej przez … uwaga niespodzianka – Leonarda Nimoya, który udowodnił iż chyba faktycznie pochodzi z Vulcana. Moda co prawda dalej nie została poprawiona (ahhh te uniformy-dzwony), fabuła jednak w odróżnieniu od części I i II zaczynała już mieć jakiś sens. Ujęcia – zamiast pokazywać 15 minutowe sekwencje podróży niebieskimi szlakami – zaczynają zamieniać się klasyczne, znane nam teledyskowe ujęcia filmów ‚akcji’.
Star Trek: The Search for Spock
Z dumą dodam że filmy pękły po wieczorze każdy. Bez przerw 😉
mówi przysłowie. Tak można określić moje podejście do wykonania heroicznego, tytanicznego zadania – obejrzenia wszystkich pełnometrażowych filmów ze świata Star Trek, reedytowanych na potrzeby HD/BlueRay. Ktoś mądry zauważył bowiem że rozdzielczośc taśmy filmowej 35mm bliska jest w obecnym skanowaniu do materiałów HD i dawajże zaczęło się zarabianie na gawiedzi sprzedając ‚reedycje’ na BR starych filmów.
Trafiło i na nas – Star Trek tak uwielbiany przez moją lepszą połowę 🙂 zagościł i u nas.
Na pierwszy rzut (o czym mowa w tytule) poszedł Start Trek The Motion Picture z roku 1979 z Williamem Shatnerem, Leonardem Nimoyem i resztą załogi znaną z serialu telewizyjnego.
Szybko na jaw wyszło przekleństwo związane z tym tytułem. Projekt datowany na rok 1979 niesie za sobą całą niefrasobliwośc wesołych lat siedemdziesiątych. Zaczynając od tego że trwa ponad 2 godziny, około 1,5h trwa dotarcie załogi do epicentrum wydarzeń, załoga nosi non-ironowe kombinezony (poliestr czy jak to się cholerstwo nazywało), poruczniku Uhura straszy afro a kończąc na drewnianej minie Shatnera jako motywie przewodnim całej związanej z nim serii.
Z pewnych logiczno-prześmiewczych powodów, za każdym razem widząc kapitana Kirka nie mogłem powstrzymać uśmiechu przypominając sobie mega-głupka kapitana Zappa Brannigana z serii Futurama, który w króciutkim seksowym welurowym kombinezonie utożsamiał w serialu najlepsze sceny związane ze Star Trekiem.
Dla przypomnienia:👁 kirk
Miało to swoje uroki, niestety okazałem się zupełnie nieodporny na sceny w rodzaju ‚ a teraz przez 15 minut lecimy do tego niebieskiego gluta przez równie niebieskie błyskające znaczki. Serio 😉
Po raz pierwszy wytrzymałem godzinę – bardzo chciałem rozpocząc oglądanie serii godnie. Niestety, po godzine braki snu dały znać o sobie.
Wczoraj padłem po 20 minutach (to był ten fragment – lecimy, lecimy przez nie bieskie gluty).
Dzisiaj jest podejście trzecie – trzymajcie kciuki 😉
W tym roku skrócony majowy weekend upłynął pod znakiem fotopstrykania. Jako że pogoda szalała – czwartek OK, piatek zimny jak narząd Eskimosa, sobota przyjaźnie cieplutka miałem okazję przetestować Soniacza pod względem ujęć in-door, out-door, z lampą, bez lampy, w słoneczku, w deszczu i tak dalej i tak dalej.
Jestem …. więcej niż zadowolony. Zdjęcia portretowe wychodzą rewelacyjne, zdjęcia pejzażowe – no tutaj czekam na filtr polaryzacyjny aby w pełni docenić moc aparatu. Zdjęcia z lampą w środku mieszkania – wyraźna przewaga niebieskiego (testowany tylko tryb auto), do skorygowania zapewne.
No i tryb makro – ciekawy, ciekawy, dziecko wypstrykało wszystkie kwiatki i krzaczki w okolicy 😉
👁 dsc00695
Perspektywa ‚głównej ulicy handlowej’ w miasteczku weekendowym;)
I oczywiście z gatunku zdjęć patriotycznych – flaga i ranczo 😉
👁 dsc00500
W skrócie – zakup niezły. Czekam na filtr polaryzacyjny i wio w plener 😉
| Pon | W | Śr | Czw | Pt | S | N |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |
| 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 |