VOOZH about

URL: https://wydarzenia.interia.pl/felietony/news-wojna-z-prezydentem-krakowa-fala-czy-kapiszon,nId,22655679

⇱ Referendum w Krakowie: Aleksander Miszalski straci stanowisko? - Wydarzenia w INTERIA.PL




Kampania referendalna zmierzająca do odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego czyni - w cieniu zaciekłej batalii wokół SAFE - zadziwiające postępy.

Społeczny komitet zebrał przed czasem dwa razy więcej podpisów niż było trzeba - 134 tysiące. To więcej, niż Miszalski zdobył w ostatnich wyborach.

Wszystkie głosowania nad takimi wnioskami miały wspólne cechy. Do urn szli przeważnie ich zwolennicy motywowani chęcią obalenia nielubianego włodarza.



Kiedy w roku 2013 burmistrz Ursynowa, lewicowiec Piotr Guział rozkręcił referendalną maszynerię przeciw prezydentce Warszawy Hannie Gronkiewicz-Waltz, za jej usunięciem było 94,86 proc. głosujących. Rozstrzygała jednak frekwencja, której nie udało się zapewnić. Skądinąd pani prezydent wzywała Warszawiaków, aby zostali w domu.

Czym innym jest przecież podpisać gdzieś na ulicy taki wniosek, a czym innym wybrać się w niedzielę do lokalu wyborczego.

Zarazem w przypadku Krakowa potrzeba około 140 tysięcy głosujących (3/5 biorących udział w ostatnich wyborach), aby referendum nie zostało unieważnione. Jest to niewiele ponad liczbę zebranych podpisów. Więc widoki na powodzenie operacji są większe niż zwykle.

Bastiony nie do ruszenia?


Mam mieszane uczucia wobec samego mechanizmu. Daleko mi do Pawła Kukiza, który w takich referendach widzi ideał demokracji bezpośredniej. Stabilność wybranych instytucji jest jednak wartością.

Nie jest niczym dziwnym, że po swoim wyborze wiele instytucji traci nieuchronnie poparcie części zwolenników. Dziś nawet szybciej niż kiedyś, bo wyborcy stają się coraz bardziej niecierpliwi.



Czy to miałoby oznaczać, że wybranym nie powinno się dać szansy na dokończenie kadencji? Przecież mogą wyborców odzyskać. Wizja odwoływania jednych, aby wybierać innych co pół roku, to widmo anarchizacji polityki prowadzącej do chaosu.

Zarazem to dotyczy przede wszystkim parlamentu i rządu całego państwa. Na poziomie samorządowym kryteria ocen może powinny być inne. Dotyczą one, przynajmniej w teorii, nie wielkiej polityki, a załatwiania zwykłych spraw obywateli.

Może na tym szczeblu urzędnicy, a nawet i radni, powinni czuć wiszący nad ich głowami miecz. Mieć świadomość, że są zatrudniani przez obywateli do konkretnej pracy. Choć i przy takim założeniu uważam istnienie progów frekwencyjnych za blokadę dla zbyt pochopnie uruchamianych rozliczeń. A Paweł Kukiz chciałby je obniżać.

To część większego sporu, na przykład o liczbę kadencji wybieranych w wyborach bezpośrednich urzędników. Ale spójrzmy na to, co dzieje się w Krakowie, przez pryzmat nie zasad, a czystej polityki.

Zobacz również:


Stosunkowo duża łatwość (na razie) rozprawy z Aleksandrem Miszalskim mogłaby wskazywać na podważenie utrzymującego się przez lata schematu. Wielkie miasta mają być bastionami wpływów Koalicji, niegdyś Platformy Obywatelskiej, czasem występującej w przebraniu, a czasem wprost - Miszalski to dwukrotnie wybierany do Sejmu poseł KO.



Te bastiony wydawały się nie do ruszenia. Nie tylko z powodu okopania się władzy samorządowej, która ma wiele narzędzi, aby nie poddawać się kontroli obywatelskiej, ale i barwy politycznej. Wielkomiejski wyborca miał stawiać na formację, która wyraża ich aspiracje do bycia elitą.

To znamienne, ale najbardziej spektakularnym przykładem skutecznie odwołanego prezydenta miasta jest jak do tej pory Jerzy Kropiwnicki w Łodzi. Doszło do tego w roku 2010, a obalony to znany od początku III RP prawicowiec.

Nie jest prawdą, że metropolie miały zawsze liberałów za liderów. Lech Kaczyński kierował z powodzeniem Warszawą w latach 2002-2005. Ale to się działo w czasach trochę innych podziałów: postkomuniści kontra solidarnościowa reszta, a i ówczesny PiS był inny niż późniejszy.

Kiedy utrwaliła się ostateczna polaryzacja na liberalno-aspiracyjne centrum i narodowo-konserwatywną prawicę, wydawało się, że eksponenci tego pierwszego nurtu w ratuszach mogą spać spokojnie. Mieszczuchy rozumowały prosto: każdy, byle nie prawicuch.



A tu nagle taka niespodzianka. I to w mieście, gdzie poprzedni prezydent Jacek Majchrowski, typowy galicyjski profesor, choć o lewicowych korzeniach, rządził przez 22 lata, pięciokrotnie wybierany.

O nim szemrano, że tworzył hermetyczny układ interesów z biznesmenami, zwłaszcza deweloperami, ale nikt się na niego nie porywał. Miszalski w dużej mierze przejął tę jego miejską oligarchię, częściowo z kadrami. Zrobił to po wyjątkowo brzydkiej kampanii, którą opisali Wojciech Mucha i Andrzej Gajcy w książce "Jak wygrać wybory i nie dać się złapać".

Referendum w Krakowie. Czyżby efekt domina?


Dało to Miszalskiemu wymęczony sukces, ale nie zabezpieczyło przed obywatelskim buntem. Dlaczego? Może dlatego, że, paradoksalnie, zbytnio zalecał się do wyborców populistycznymi filmikami, podczas gdy Majchrowski zachowywał stosowny dystans.

Może dlatego, że poza ludźmi dziedziczonymi po poprzedniku poobsadzał urzędy i miejskie spółki kolegami z KO, dając im duże premie. A może wreszcie dlatego, że Kraków jest jednym z najgorzej ocenianych miast w Polsce przez własnych mieszkańców.



Miszalski zdenerwował ludzi typowo lewicowymi eksperymentami, typu Strefy Czystego Transportu, czyli barierami dla starszych aut uzasadnianymi ekologią. Oczywiście denerwował ich także opłatami za parkowanie, także w niedzielę, i cenami biletów komunikacji miejskiej.

Skoro jego głównymi przeciwnikami okazali się lewicowy Gibała i typowo lokalni działacze, może i do krakowskiego mieszczucha dotarła świadomość, że nie wystarczy głosować na "słuszną, aspiracyjną opcję", kiedy chce się mieć minimum komfortu.

Miszalski nerwowo odwołuje niektóre swoje zarządzenia i usuwa ludzi, którzy się z nimi kojarzą, jak Łukasza Franka, wieloletniego, jeszcze z czasów Majchrowskiego, dyrektora Zarządu Transportu Publicznego. I opowiada, że referendum to dla niego szansa na korektę linii.

Tymczasem prawicowe media i politycy kibicują akcji obywatelskiej, co z kolei związany z KO "Sok z buraka" przedstawia jako spisek przeciw władzy oświeconych liberałów.

Na razie formacja Tuska trzyma się z daleka, poza takimi groteskowymi incydentami jak przyłapanie warszawskiego radnego KO Mikołaja Wasiewicza na szkalowaniu w sieci krakowskich biznesmenów zaangażowanych w referendum. Miszalski osobiście poszedł do pewnego właściciela sklepu, aby za to przepraszać, co obrazuje jego poczucie zagrożenia.



Zobacz również:


Prawica ma nadzieję, że nastąpi efekt domina. Już przed niespełna rokiem została odwołana pod gradem oskarżeń o miejskie nieporządki prezydentka Zabrza Agnieszka Rupniewska, popierana przez KO.

Może dojdzie do burzy choćby w Poznaniu, gdzie prezydent z KO Jacek Jaśkowiak wyrzucił popularnego zastępcę Mariusza Wiśniewskiego. A on, reprezentując z grubsza to samo środowisko, przedstawia to jako przejaw arogancji zadufanej w sobie miejskiej władzy. Albo we Wrocławiu, gdzie Jacek Sutryk, wybrany z poparciem KO, do wszystkich kontrowersyjnych ruchów, choćby kolesiowskiej polityki kadrowej, dorzucił wizerunkowe i prawne kłopoty wynikłe ze związków z Collegium Humanum.

Jeśli doszłoby do takiej serii, prawica przedstawi to jako kolejny przejaw zmierzchu środowiska Tuska. I będzie to trochę prawda, skoro wielkomiejski wyborca zaczyna przedkładać interesy, czasem związane choćby z kontrowersjami wokół ideologicznej walki z samochodami, ponad polityczne barwy.

Choć zauważmy, że najbardziej efektywnymi buntownikami okazują się ludzie niezwiązani z prawicą. Ona wciąż słabo wypada w licytacjach dotyczących miejskich polityk.



A zarazem nic tu nie jest pewne. Zwłaszcza wielka wojna polaryzująca całą Polskę, w tej chwili wokół SAFE może na powrót wzmocnić polityków KO na miejskich fotelach. Dlatego majowe referendum w Krakowie będzie testem, czy mamy do czynienia z falą czy wystrzałem kapiszona.

Piotr Zaremba


"Śniadanie Rymanowskiego": Prezydencki projekt "SAFE 0 procent"Polsat News