VOOZH about

URL: https://wydarzenia.interia.pl/felietony/news-europa-ostatnie-slady-rozsadku,nId,23317292

⇱ Wybory samorządowe Francja 2026. Co ich wyniki oznaczają dla Europy? - Wydarzenia w INTERIA.PL




W tle wojny w Iranie europejskie życie polityczne aż się gotuje. Ostro ścierają się różne wizje suwerenności i przyszłości - i to na każdym poziomie życia publicznego. We Francji odbyły się wybory samorządowe, które uważa się za przygrywkę do najważniejszych wyborów prezydenckich w przyszłym roku.

We Włoszech Giorgia Meloni przegrała z kretesem własne referendum o reformę wymiaru sprawiedliwości. W kraju związkowym na zachodzie Niemiec, Nadrenii-Palatynacie, oglądaliśmy kolejną klęskę socjaldemokratów i znaczący wzrost poparcia dla AfD.



Nowe kłótnie Europy


Dziś cały Stary Kontynent jawi się jako marginalny wobec starcia trzech neoimperiów. USA, Rosja i Chiny wodzą palcami po mapach świata, przesuwają strefy wpływów i wściekle się zbroją. Tymczasem Europa wydaje się coraz bardziej podzielona.

Parametry podziałów są rozmaite, wcale nie przebiegają wedle manichejskiego klucza: "populiści kontra reszta świata". Widać, że sami tzw. populiści są bardzo podzieleni w tak zasadniczych kwestiach, jak wspieranie broniącej się Ukrainy.

Zobacz również:


Na europejskim forum Viktor Orbán i Robert Fico powiedzieli ostatnio swoje "liberum veto". Od razu można było poczuć odległe echo atmosfery I Rzeczpospolitej, podniesionej do rozmiarów UE. Tymczasem wrzucana do populistycznego worka premier Meloni wciąż wspiera walczący Kijów.

Podobnie trumpizm u władzy dzieli tzw. populistów. Wspominana Meloni wkłada wiele wysiłku w to, aby utrzymać jak najlepsze relacje z obecną administracją w Waszyngtonie. W tej sprawie z kolei francuscy tzw. populiści mają inne zdanie, bo chcą bronić suwerenności przed neoimperializmem amerykańskim bardziej niż przed rosyjskim. Przynajmniej tak to teraz wygląda.



Wybory we Francji. Miasta kontra reszta kraju


Samorządowe wybory francuskie w dwóch turach trudno przekładają się na wnioski ogólnokrajowe czy europejskie. A jednak przypomniały nam o głębokich podziałach w ramach samych państw - w pierwszej kolejności o pęknięciu pomiędzy wielkimi miastami a resztą kraju.

Po pierwszej turze wyborów podniosły się krzyki, że radykałowie rosną w siłę. Słusznie, bo zarówno skrajna lewica, jak i skrajna prawica zyskały o wiele więcej głosów. Jednakże w drugiej turze opamiętano się i wraz z ogłoszeniem wyników wylano trochę wody na rozgrzane głowy.

W Paryżu zwyciężył kandydat socjaldemokratyczny Emmanuel Grégoire (chociaż na jego poprzedniczce z tej samej partii, Anne Hidalgo, wieszano psy). Wszystkie większe miasta pozostały w rękach partii umiarkowanych. Dopiero co ostrzegano, że w powietrzu wisi brunatna fala i Zjednoczenie Narodowe zgarnie największe miasta Francji.

Jednak ostatecznie nic takiego się nie stało. Ani Marsylia, ani Lyon nie pokusiły się o eksperyment z prawicowym radykalizmem. Inna sprawa, że często w kampanijnych debatach podnoszono argument, że to nie radykalizm, ale skrajna niekompetencja dyskwalifikuje kandydatów Zjednoczenia Narodowego czy La France insoumise.



Zobacz również:


Przejęcie przez nich władzy może i byłoby wyrazem sprzeciwu wobec poprzedników, jednak nikt nie jest tak niemądry, żeby nie uświadamiać sobie, że w niepewnych czasach radykalne eksperymenty tylko dodałyby niepewności na poziomie lokalnym.

Oczywiście nie jest to glejt na zabetonowanie siebie u sterów władzy na zawsze, o czym przekonał się były premier François Bayrou, "odwieczny" mer miasta Pau. Spektakularna nieudolność w Paryżu i ujawnienie lokalnego skandalu sprawiły, że mieszczanie podziękowali centrowemu politykowi.

Prawda, że z dużych miast Nicea wpadła w ręce polityka kojarzonego ze skrajnie prawicowym obozem Zjednoczenia Narodowego. Tyle że ten polityk, Éric Ciotti, od lat reprezentował umiarkowaną centroprawicę. Wyleciał z hukiem po awanturze o władzę w partii Republikanie oraz wizję szerokiej prawicy. Co jak co, ale wybór tego polityka nie był aż takim eksperymentem, na jaki może wyglądać spoza Nicei.

Test dla europejskich populizmów


Nie zmienia to jednak faktu, że Zjednoczenie Narodowe osiągnęło najlepszy wynik w swojej historii. A Marine Le Pen i Jordan Bardella nadal mogą myśleć o prezydenturze w 2027 roku.



Wszyscy przyglądali się zatem kontrkandydatom, w szczególności reelekcji mera Hawru i byłego premiera Édouarda Philippe'a. Wygrał, ale nie w pierwszej turze. Szału zatem nie ma.

W gruncie rzeczy wybory francuskie pokazują nowe podziały polityczne - znane z niemal całej Europy. Tyle że przypominają także o zaletach drugiej tury, gdy wyborcy zyskują czas do koniecznej autorefleksji. I o tym, że europejskie populizmy mają różne odcienie.

W gruncie rzeczy najważniejszym kryterium staje się gotowość do oddania władzy następcom po przegranych wyborach. Donald Trump czy Viktor Orbán mają z tym fundamentalny problem. I nawet nie są gotowi przyznać, że wyborcy mogli się z nimi nie zgodzić.

Meloni po referendum pozostaje u władzy, ale przynajmniej przyznała się do porażki. Jak się wydaje, z całej palety ugrupowań to podskórny radykalizm AfD powinien nas bardziej niepokoić. Trupy w szafie tej niemieckiej partii nie są atrakcyjne. Myślą w ten sposób francuscy populiści, którzy odmówili współpracy na forum europejskim. Jak to się niegdyś mówiło: coś i dla naszych radykałów do sztambucha.



Reasumując, w czasach powrotu imperiów prawdziwą miarą demokracji nie jest to, kto najgłośniej krzyczy o suwerenności. Jest nią zdolność do uznania przegranej. I do oddania władzy przeciwnikowi. Jeśli Stara Europa ma jeszcze jakąś przewagę nad światem neoimperiów, to właśnie tę - że jej polityczne konflikty kończą się przy urnach, a nie na polach bitew, nad którymi przelatują drony.

Jarosław Kuisz


Mucha w ''Graffiti'' o dalszych cięciach w NFZ: Część pacjentów nie otrzyma opieki zdrowotnejPolsat NewsPolsat News